Tranzyty
Książka o progach, przez które przechodzi każdy z nas: utracie pracy, rozwodzie, emeryturze, diagnozie i śmierci bliskich. Pokazuje, czym zmiana różni się od przejścia, i proponuje proste ćwiczenia na czas „pomiędzy”.
„Kto by nauczył ludzi umierać, nauczyłby ich żyć.”
Michel de Montaigne, Próby, ks. I, rozdz. XIX, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński
Otwarcie
Poniedziałek, 10:00
Była późna jesień. Piotr wyszedł z domu, kiedy było jeszcze ciemno. Siąpiła mżawka, taka, przy której parasol nie ma sensu, i osiadała drobnymi kroplami na rękawach płaszcza. Pod płaszczem miał jasnoniebieską koszulę i granatową marynarkę, jak prawie każdego dnia od lat. Na przystanku pachniało mokrymi liśćmi i spalinami. Autobus na dworzec przyjechał punktualnie, z zaparowanymi szybami i sennym kierowcą.
W pociągu znalazł miejsce przy oknie. Za szybą przesuwały się pola, jeszcze szare, jeszcze nie całkiem widoczne. Sprawdził w telefonie kalendarz w Teamsie. 10:00–11:00: „Nowy projekt – rozmowa”, zaproszenie od szefa. Potem 12:30 cotygodniowe spotkanie zespołu, 14:00 rozmowa z klientem, 16:00 krótkie podsumowanie z nowym kolegą, którego wdrażał. Zwykły, pełny poniedziałek.
Otworzył notatnik. Z małym logo firmy na okładce. Takie notatniki dostali pod koniec roku, razem z kalendarzem i życzeniami. Klaudiusz zadzwonił do niego w czwartek: „Przyjedź koniecznie w poniedziałek, porozmawiamy o projekcie. Na spokojnie, twarzą w twarz. Masz już wrzucone spotkanie w kalendarzu”. W sobotę przy obiedzie żona musiała dwa razy powtórzyć pytanie, zanim je usłyszał. Przez weekend zapisał w notatniku trzy pomysły, potem skreślił jeden, potem dopisał dwa nowe. Od dawna czuł, że stoi w miejscu, i nagle pojawiło się coś, co mogło to zmienić. Nowe obowiązki, nowi ludzie, może wreszcie praca, w której znów będzie się uczył. Wysiadając, poprawił kołnierzyk koszuli w odbiciu szyby.
W centrali był przed czasem. Na drzwiach sali spotkań wisiała kartka „zajęte do 11:00”. W środku czekał Klaudiusz, jego szef, a obok niego kobieta z działu personalnego, HRBP ich pionu, z którą Piotr rozmawiał dotąd tylko przy wdrażaniu programu ocen rocznych. Oboje wstali, kiedy wszedł. Klaudiusz sam nalał mu kawy z termosu, czego nigdy wcześniej nie robił. Na stole nie było żadnych materiałów, żadnego rzutnika, tylko szara teczka, na której kobieta trzymała dłoń. Coś tu nie grało. Piotr pomyślał, że pewnie chodzi o to, kogo może dostać do zespołu, i że HR musi przy tym być. Zastanawiał się. Położył notatnik na stole, otwarty na stronie z pomysłami.
Klaudiusz zaczął od tego, jak bardzo ceni jego doświadczenie. Mówił ciepło, tym samym tonem, jakim przez lata rozmawiali o nowych klientach, o wynikach, a czasem o dzieciach i o piłce. Potem mówił o zmianach w strukturze, o trudnych decyzjach, które zapadły wyżej, o tym, że to nie jest ocena pracy Piotra. Piotr słuchał i czekał, aż rozmowa skręci w stronę projektu. Wtedy Klaudiusz powiedział spokojnie i zdecydowanie: „Rozwiązujemy z tobą umowę”. I po chwili: „Bardzo mi przykro”. Piotr usłyszał to zdanie pierwszy raz w życiu. Za drzwiami ktoś przeszedł korytarzem i roześmiał się do telefonu. Dopiero wtedy zrozumiał, że rozmowa nie skręci.
Rozmowę przejęła kobieta z HR. Od dziś Piotr jest zwolniony z obowiązku świadczenia pracy. Może iść do domu, jutro nie musi przychodzić. Zaległy urlop zostanie rozliczony. Wszystko jest w dokumentach. Piotr kiwał głową. Zapytał tylko o jedno: kto przejmie jego klientów. Przecież o czternastej miał rozmowę z jednym z nich.
Odpowiedział Klaudiusz: „Na spokojnie. Nie musisz się niczym martwić. W tym zakresie zostały już podjęte odpowiednie kroki”.
Piotr znał go od lat. Łączyły ich dobre, prawie koleżeńskie stosunki, na tyle, na ile można kolegować się z szefem. Nigdy nie słyszał, żeby Klaudiusz mówił w ten sposób. W jego ustach to urzędowe zdanie zabrzmiało obco, niemal wrogo. I w tej jednej chwili w głowie Piotra coś ruszyło.
Skoro kroki już podjęto, to od kiedy o tym wiedzieli? Może coś zawalił? Może ktoś był niezadowolony, ktoś się poskarżył? Tylko kto? I na co? Przebiegał w myślach ostatnie tygodnie: spotkania, maile, rozmowy z klientami. Nie znajdował niczego. Kciukiem wodził po krawędzi notatnika, w tę i z powrotem. A może powinien walczyć? Poprosić o wyjaśnienia, zebrać fakty, pokazać, jak było naprawdę. Coś komuś udowodnić. Obronić swoje dobre imię.
Ale Klaudiusz niczego mu nie zarzucił. Kiedy mówił o dobrej pracy Piotra, ani razu się nie zająknął. Nie zająknął się też wtedy, kiedy mówił, że rozwiązują z nim umowę. Na koniec dodał tylko: „Wiem, że to zrozumiesz. Optymalizacja”. Nie było z czym walczyć. Nie było czego udowadniać.
„Rozumiem” – powiedział Piotr. Sam był zaskoczony, jak spokojnie brzmi jego głos. Czuł na plecach ciepło kaloryfera, a za oknem, za głową Klaudiusza, widział krople spływające po szybie. Notatnik wciąż leżał otwarty. Zamknął go. Obok stała kawa od Klaudiusza. Nie wypił ani łyka.
Kobieta z działu personalnego powiedziała, że jeśli zechce, może zorganizować pożegnanie z zespołem, może w piątek. Piotr podziękował. Powiedział, że chętnie albo że się zastanowi. Później nie potrafił sobie przypomnieć, co odpowiedział. Ta propozycja przeszła obok niego jak komunikat na dworcu, który dotyczy innego pociągu.
Potem były dokumenty. Na pierwszej stronie stało: „Rozwiązanie umowy o pracę…”. Tyle do niego dotarło. Dalej litery się rozmywały. Do tego lista: laptop, telefon służbowy, karta dostępu. Karabińczyk smyczy się zaciął i Piotr przez dłuższą chwilę mocował się z nim na ich oczach, zanim odpiął kartę. Podpis tutaj i jeszcze tutaj. Podpisywał starannie, pełnym nazwiskiem, jakby od czytelności podpisu coś zależało. Na koniec kobieta podała mu rękę i powiedziała, że firma dziękuje za wszystko. Brzmiało to szczerze. Pewnie tak myślała.
Całość trwała dwadzieścia minut. W kalendarzu była zarezerwowana godzina. Piotr przepracował w tej firmie jedenaście lat.
Zjechał windą na parter. Przy bramce odruchowo sięgnął po kartę, ale jej już nie było. Ochroniarz, którego od lat znał z imienia, otworzył mu boczną furtkę. Elektrozamek brzęknął krótko, tak samo jak przy wpuszczaniu kurierów. Kiwnęli sobie głowami. Żaden z nich się nie odezwał.
Na zewnątrz zrobiło się szaro, na tyle, na ile jesienią robi się jasno. Wiatr szarpał połami płaszcza. Piotr spojrzał na zegarek. Była 10:25. O 12:30 zespół zbierze się na cotygodniowym spotkaniu i ktoś powie, że Piotra dziś nie będzie. O 14:00 ktoś, o kim nic nie wiedział, zadzwoni do jego klienta. Odpowiednie kroki zostały już podjęte. O 16:00 nowy kolega będzie czekał na podsumowanie. Kalendarz, który rano wydawał mu się tak pełny, w ciągu dwudziestu minut przestał być jego kalendarzem. Jedna decyzja, podjęta gdzieś wcześniej i bez niego, zmieniła nie tylko jego przyszłość. Zmieniła nawet ten jeden dzień.
Najbliższy pociąg powrotny odjeżdżał za półtorej godziny. Piotr przesiedział ten czas na dworcu, z kubkiem kawy, która zdążyła wystygnąć. Dwa razy sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki po telefon służbowy, którego już nie miał. W wagonie jechała starsza pani z torbą na zakupy, student w słuchawkach, matka z małym dzieckiem – ludzie, którzy w poniedziałek w środku dnia mogą jechać pociągiem. Piotr pomyślał, że nigdy wcześniej nie wracał tą trasą o tej porze. Zadzwonił do żony. Powiedział rzeczowo, że ma pewną wiadomość, że wszystko jest pod kontrolą i że porozmawiają wieczorem. „Jesteś w pociągu?” – zapytała. „Tak”. Chwila ciszy. „To do wieczora”. Nie wiedział, dlaczego chciał ukryć przed nią to, co wydarzyło się rano. W torbie leżał firmowy notatnik z pomysłami. Nie wyjął go.
Wieczorem powiedział jej o zwolnieniu. Spokojnie, jak o sprawie do załatwienia. Nie powiedział, jak się z tym czuje.
Następnego dnia obudził się o 6:00, jak zawsze. Ogolił się, otworzył szafę i sięgnął po jasnoniebieską koszulę. Miał ją już w ręku, kiedy dotarło do niego, że nie ma dokąd pójść.
Usiadł na brzegu łóżka z koszulą na kolanach. Kupił ją kiedyś w pośpiechu, przed ważną prezentacją, a potem ją polubił. Dobrze leżała, nie gniotła się w pociągu. Pomyślał, że lubił nie tylko koszulę. Lubił poranne zapinanie guzików, marynarkę narzuconą w przedpokoju, tę chwilę, w której zaczynał się dzień pracy. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Teraz koszula była po prostu koszulą. Tak jak notatnik z logo był już tylko notatnikiem. Żona zapytała z kuchni, co robi. Odpowiedział, że nic, że się zamyślił, i odwiesił koszulę do szafy. Potem jeszcze wyrównał ją na wieszaku, choć wisiała równo.
Przez następne tygodnie wciąż mówił „u nas w firmie”. Łapał się na tym i poprawiał: „w mojej byłej firmie”. Brzmiało to fałszywie w obu wersjach. Koledzy dzwonili, najpierw często, potem rzadziej, aż po miesiącu przestali. Nie ze złej woli. Po prostu nie wiedzieli, o czym z nim rozmawiać. On też nie wiedział. O pożegnaniu z zespołem przypomniał sobie dopiero po kilku tygodniach, kiedy było już za późno, żeby o nie poprosić.
Najdziwniejsze było to, że nikt nie popełnił błędu. Rozstanie przeprowadzono zgodnie z prawem, z odprawą, z uprzejmością, a nawet z pewną troską. A jednak Piotr miał poczucie, że coś się nie wydarzyło. Że został zawieszony gdzieś pomiędzy, jakby wyszedł z jednego pokoju i nie wszedł do żadnego innego.
Rozdział 1. Zmiana i przejście
Dwadzieścia minut
Rozmowa, w której Piotr stracił pracę, trwała dwadzieścia minut, i tyle wystarczyło, żeby praktycznie przestał być pracownikiem firmy, w której spędził jedenaście lat. Zmieściło się w nich kilka zdań o optymalizacji, jedno pytanie o klientów, dokument, z którego tytułu dotarły do niego tylko pierwsze słowa, lista sprzętu do oddania i parę podpisów. Kiedy zjeżdżał windą na parter, zmiana była zakończona i formalnie wszystko się zgadzało.
Jego przejście dopiero się zaczynało.
Od tego rozróżnienia, choć wydaje się drobne, zależy prawie wszystko, o czym tu piszemy. Amerykański doradca William Bridges, który przez lata prowadził seminaria dla ludzi w trudnych momentach życia, zamknął je w formule zmiana jest sytuacyjna, przejście jest psychologiczne.1 Zmiana to zdarzenie (wypowiedzenie, przeprowadzka, wyrok rozwodowy, ostatni dzień w pracy przed emeryturą, wynik badania), które ma datę, godzinę i zwykle jakiś dokument. Przejście obejmuje wszystko, co musi się wydarzyć w człowieku, żeby mógł tę zmianę przyjąć: rozstanie z tym, co było, czas niepewności i powolne odnajdywanie się w tym, co jest teraz. Nie ma daty i nikt nie wystawia na nie zaświadczenia.
Bridges dodawał, że zmiana bez przejścia to tylko przestawienie mebli.2 Pokój wygląda inaczej, ale człowiek wciąż chodzi po nim tak, jakby kanapa stała na starym miejscu. Następnego ranka po zwolnieniu Piotr obudził się o 6:00, ogolił się i sięgnął po koszulę, którą zakładał do pracy. Zmiana zdążyła się już dokonać, a przejście było jeszcze przed nim.
Ten obraz każdy zna z własnego życia, nawet jeśli nigdy go tak nie nazwał. Pół roku po rozwodzie ręka wciąż sięga w sklepie po dwa jogurty; w poniedziałek rano na emeryturze wraca niepokój, że o czymś się zapomniało; po przeprowadzce myśli same skręcają w starą ulicę, choć adres od dawna jest inny. To nie są objawy słabości. Zmiana wyprzedziła przejście, a człowiek (jego nawyki, ciało, odruchy) jeszcze jej nie dogonił.
Każde przejście zaczyna się od końca
Wydaje się, że przejście zaczyna się od czegoś nowego, od nowej pracy, mieszkania czy etapu. Bridges widział to odwrotnie i pisał, że każde przejście zaczyna się od końca.3 Zanim cokolwiek się zacznie, coś musi się skończyć, i to nie tylko na zewnątrz, lecz także w środku, tam, gdzie przechowujemy więzi z ludźmi i miejscami, które świadczą o tym, kim jesteśmy.
Piotr oddał laptopa i kartę dostępu w kilka minut, ale „u nas w firmie” mówił jeszcze przez wiele tygodni. Zewnętrzny koniec przyszedł szybko i gładko, wewnętrzny dopiero się zaczynał, a nikt Piotrowi nie powiedział, że tak będzie.
Historia Piotra pokazuje jeszcze jedną rzecz. Jechał do centrali po coś, co miało się wydarzyć – po nowy projekt, nowe obowiązki, może nowy rozdział w pracy – a ten projekt nigdy nie powstał. Amerykańska psycholożka Nancy Schlossberg, która badała, jak dorośli przechodzą przez życiowe zmiany, nazwała takie sytuacje niezdarzeniami.4 Niezdarzenie to coś, na co czekaliśmy, a co się nie wydarzyło: awans, który nie przyszedł, dziecko, które się nie urodziło, wspólna starość, której nie będzie. Niezdarzenia też są końcami, choć nikt ich nie ogłasza. Często bolą bardziej niż zdarzenia, bo trudno je nazwać, a jeszcze trudniej opłakać.
Schlossberg zauważyła też, że przejście jest przejściem wtedy, gdy za przejście uważa je ten, kto je przeżywa.5 Ta sama emerytura dla jednej osoby jest ulgą, dla drugiej trzęsieniem ziemi. Ta sama przeprowadzka jednego cieszy, a drugiego wyrywa z korzeniami. Dlatego tylko ty możesz rozpoznać, które zdarzenia w twoim życiu są „prawdziwymi” przejściami. Żadna książka nie zrobi tego za ciebie.
Życie jako ciąg progów
Gdy spojrzeć na życie z tej strony, przejść jest w nim zaskakująco dużo. Pierwszy dzień w przedszkolu i ostatni w szkole, wyjazd z domu rodzinnego, pierwsza praca i każda następna, ślub, narodziny dziecka i dzień, w którym to dziecko się wyprowadza, choroba, rozstanie, śmierć rodziców, a do tego przeprowadzki, awanse, zwolnienia i powroty – lista szybko robi się dłuższa, niż się spodziewamy.
Francuski etnograf Arnold van Gennep (więcej o nim w następnym rozdziale) pisał w 1909 roku, że życie człowieka w każdej społeczności składa się z ciągu przejść, od jednego wieku do drugiego i od jednego zajęcia do innego.6 Pół wieku później religioznawca Mircea Eliade ujął to jeszcze mocniej. Według niego człowiek „idzie od przedżycia do życia, a na koniec do śmierci”, a ludzkie istnienie „uzyskuje pełnię swojego bytu za sprawą szeregu obrzędów przejścia, następujących po sobie inicjacji”.7 Polscy badacze, którzy przyglądali się obrzędom przejścia we współczesnych szpitalach, streścili tę myśl zdaniem, że życie jest „niekończącym się łańcuchem różnych jakościowo ogniw”.8
Najmniejsze z tych ogniw powtarza się codziennie. Wieczorem kończymy dzień, gasimy światło i oddajemy kontrolę, nie wiedząc dokładnie, w której chwili zaśniemy, a rano wracamy do świata i do ludzi. To przejście jest tak zwyczajne, że go nie zauważamy. A przecież dzieci często boją się zasypiania i dopiero stopniowo uczą się, że ten stan jest bezpieczny. Pod koniec książki okaże się, że zasypianie jest najprostszym ćwiczeniem ze wszystkich.
Ostatni próg
W tym łańcuchu jest jedno ogniwo, o którym rozmawiamy najrzadziej. To śmierć.
Przejdzie przez nią każdy, kto czyta te słowa, i każdy, kogo znamy, bo to najpewniejsze i najbardziej powszechne przejście, jakie istnieje. A jednak nasza kultura zrobiła z niego temat, o którym się milczy, a jeśli już się mówi, to półgłosem, jak o czymś niestosownym. Francuski socjolog Robert Hertz pisał już ponad sto lat temu, że dla nas śmierć stała się „jedną chwilą”. W wielu kulturach była natomiast długim procesem, przez który przechodzili razem ten, kto odchodził, i ci, którzy zostawali.9
Hertz dostrzegł też coś, wokół czego zbudowana jest cała ta książka. Śmierć, pisał, jest tylko szczególnym przypadkiem zjawiska ogólnego, czyli przejścia z jednego stanu do drugiego.10 Jeśli tak, to śmierć ma tę samą budowę co inne przejścia znane nam z własnego życia: swój koniec, swój czas „pomiędzy” i swoje dalsze trwanie, przynajmniej dla tych, którzy zostają.
Nie wiemy, co jest po drugiej stronie. Nie wie tego nikt z żyjących, a nauka nie rozstrzyga tej sprawy ani w jedną, ani w drugą stronę. Brak dowodu, że coś istnieje, nie jest przecież dowodem, że tego nie ma. Tę niewiedzę trzeba uszanować, więc nie będziemy próbowali jej zamknąć ani wiarą, ani niewiarą. Zajmiemy się tym, co jest po tej stronie: tym, jak człowiek może podejść do progu.
Ponad czterysta lat temu francuski pisarz Michel de Montaigne zapisał zdanie, które stało się mottem tej książki: „Kto by nauczył ludzi umierać, nauczyłby ich żyć”.11 Montaigne wiedział jednak, że jest tu pewna trudność. Śmierci, pisał, możemy spróbować tylko raz, a kiedy przychodzi, wszyscy jesteśmy wobec niej „nieuczonymi żakami”.12 Nie da się jej przećwiczyć tak, jak ćwiczy się grę na instrumencie. Zaraz jednak dodawał, że można „zmacać prowadzące doń aleje”,13 czyli poznać drogi, które do niej prowadzą.
Te drogi to właśnie wszystkie mniejsze przejścia, które przeżywamy w ciągu całego życia.
Czy przejścia można się nauczyć?
To główne pytanie tej książki, a odpowiedź na nie brzmi: tak, w pewnej mierze i pod pewnymi warunkami.
Każdy z nas, pisał Bridges, ma własny styl kończenia, który utrwala się bardzo wcześnie, często w dzieciństwie, i wraca przy każdym kolejnym końcu razem z dawnym nastrojem.14 Jedni zawsze odchodzą pierwsi, zanim zostaną zostawieni; inni trzymają się do końca, nawet gdy już dawno nic ich nie trzyma; jeszcze inni udają, że nic się nie stało. Tych wzorów uczymy się przy każdym przejściu, zwykle nie wiedząc, że w ogóle się czegoś uczymy.
Schlossberg, przeglądając badania nad dorosłymi, doszła do podobnego wniosku od drugiej strony. Kto w przeszłości z powodzeniem przeszedł przez jakieś przejście, prawdopodobnie poradzi sobie też z następnym, podobnym. Kogo jednak sytuacja pokonała, ten może być potem bardziej podatny na zranienie.15 Doświadczenie potrafi więc wzmacniać, ale potrafi też osłabiać.
Od czego to zależy, pokazują badania nad odpornością psychiczną. W wieloletnim badaniu obejmującym blisko 2400 dorosłych Amerykanów ci, którzy mieli za sobą umiarkowaną, raczej niewielką liczbę trudnych doświadczeń, cieszyli się potem lepszym zdrowiem psychicznym i większym zadowoleniem z życia niż ci, którzy nie mieli żadnych, i niż ci, którzy doświadczyli ich bardzo wielu. Najlepiej znosili też nowe ciosy.16 Trening działa, ale tylko wtedy, gdy nie przekracza sił człowieka.
Z tych trzech źródeł wynika jeden warunek, do którego będziemy wracać: liczy się przejście przeżyte, a nie tylko przetrwane. Przez przejście można przebrnąć z zamkniętymi oczami, zaciskając zęby i czekając, aż minie. Wtedy niewiele nas uczy, a niekiedy zostawia ranę. Można też przejść przez nie świadomie, to znaczy zauważyć, co się kończy, dać sobie czas na niepewność i pozwolić komuś zobaczyć, kim się stajemy. Wtedy każde przejście staje się ćwiczeniem przed następnym.
Podobną myśl, tylko innym językiem, rozwijał polski psychiatra i psycholog Kazimierz Dąbrowski (1902–1980). Uważał, że człowiek często rozwija się przez rozpad, bo kryzys rozluźnia dotychczasowy, wcześniej spójny porządek, a z tego rozluźnienia może wyrosnąć porządek dojrzalszy. Nazwał to dezintegracją pozytywną. Kryzysy były dla niego „okresami wzmożonego wglądu w siebie, twórczości i rozwoju osobowości”.17 Traktujemy to jako inspirującą intuicję klinicysty, a nie wynik badań. Sam Dąbrowski zastrzegał zresztą, że nie każdy rozpad prowadzi do rozwoju (zdarza się i taki, który niczego nie buduje albo cofa w rozwoju).
Dlatego teza tej książki jest ostrożna. Wcześniejsze przejścia mogą przygotować do ostatniego, ale nie muszą i nie zawsze przygotowują. Nie trzeba też myśleć o śmierci codziennie ani się nią zadręczać. Sam Montaigne pod koniec życia przestrzegał przed takim rozpamiętywaniem.18 Cel jest skromniejszy: przejścia, które i tak przyjdą, przeżywać tak, by coś po nich zostało.
Jak czytać tę książkę
Dawniej ludzie nie musieli uczyć się przejść na własną rękę, bo robiła to za nich wspólnota, za pomocą obrzędów. Obrzędy mówiły, co się kończy, prowadziły przez czas „pomiędzy” i ogłaszały wszystkim, kim człowiek jest po drugiej stronie. Jak wyglądały, opowiemy w następnym rozdziale, razem ze schematem, który powtarza się w nich na całym świecie: oddzielenie, próg i włączenie. Rozdział 3 sprawdza, co z tych obrzędów zostało dziś i czego nam brakuje.
Potem przejdziemy przez kolejne progi, coraz bliżej tego, co nieuniknione: utratę pracy, rozwód, emeryturę, diagnozę i wreszcie śmierć. Każdy z nich ma tę samą budowę i każdy może być próbą przed następnym. Osobny rozdział poświęcimy depresji, czyli miejscu, w którym metafora progu przestaje wystarczać.
Ćwiczenia celowo zebraliśmy na końcu książki, a nie w rozdziałach. Przejście nie lubi pośpiechu, lektura też jest rodzajem progu, więc zanim zaczniesz cokolwiek zmieniać, pobądź chwilę z samym tematem. Na końcu każdego rozdziału znajdziesz krótką ramkę z pytaniem (czasem z dwoma), na które nie trzeba od razu odpowiadać.
Na progu
Kiedy ostatnio coś się dla ciebie skończyło, a nikt tego nie zauważył – może nawet ty?
Jeśli zechcesz, wróć do tego pytania w ćwiczeniu 10.2.1 („Historia moich zakończeń”).
Nie spiesz się. To może poczekać.
Przypisy
-
William Bridges, Transitions: Making Sense of Life’s Changes, wyd. 2, Da Capo Press 2004, s. xii. W oryginale: change (zmiana) i transition (przejście); Bridges przeciwstawia to, co situational, temu, co psychological. ↩
-
William Bridges, Transitions: Making Sense of Life’s Changes, wyd. 2, Da Capo Press 2004, s. xii. W oryginale: change (zmiana) i transition (przejście); Bridges przeciwstawia to, co situational, temu, co psychological. ↩
-
Bridges, Transitions, s. 11. ↩
-
Nancy K. Schlossberg, „A Model for Analyzing Human Adaptation to Transition”, The Counseling Psychologist 9(2), 1981, s. 2–18, tu s. 5 (niezdarzenie) i s. 7 (przejście określa ten, kto je przeżywa). W oryginale: nonevent. ↩
-
Nancy K. Schlossberg, „A Model for Analyzing Human Adaptation to Transition”, The Counseling Psychologist 9(2), 1981, s. 2–18, tu s. 5 (niezdarzenie) i s. 7 (przejście określa ten, kto je przeżywa). W oryginale: nonevent. ↩
-
Arnold van Gennep, Obrzędy przejścia. Systematyczne studium ceremonii, przeł. Beata Biały, wstęp Joanna Tokarska-Bakir, PIW, Warszawa 2006, rozdz. 1, s. 30 (wyd. ang. s. 2–3). Parafraza. W przekładzie: „Życie jednostki niezależnie od typu społeczności zasadza się na sukcesywnym przechodzeniu z jednej grupy wieku do drugiej, od jednego typu zajęć do drugiego”. ↩
-
Mircea Eliade, Sacrum a profanum. O istocie sfery religijnej, przeł. Bogdan Baran, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2008, s. 193–194 (wyd. ang. The Sacred and the Profane, s. 180–181). ↩
-
Marek Kawa, Błażej Kmieciak, „Elementy rytów przejścia (rites de passage) w sytuacjach granicznych i okołośmiertnych jako doświadczenie społeczne i medyczne”, Rynek – Społeczeństwo – Kultura, nr specjalny (31)/2018, s. 94. Autorzy streszczają tu myśl van Gennepa. ↩
-
Robert Hertz, Death and the Right Hand, przeł. Rodney Needham, Claudia Needham, Cohen & West, London 1960, s. 28 („jedna chwila”) i s. 81 („szczególny przypadek zjawiska ogólnego”). ↩
-
Robert Hertz, Death and the Right Hand, przeł. Rodney Needham, Claudia Needham, Cohen & West, London 1960, s. 28 („jedna chwila”) i s. 81 („szczególny przypadek zjawiska ogólnego”). ↩
-
Michel de Montaigne, Próby, ks. I, rozdz. XIX „Jako filozofować znaczy uczyć się umierać” (w wydaniach krytycznych I, 20; ang. M. A. Screech, The Complete Essays, Allen Lane, London 1991, s. 100), przeł. Tadeusz Boy-Żeleński. ↩
-
Montaigne, Próby, ks. II, rozdz. VI „O ćwiczeniach”, przeł. Boy-Żeleński. ↩
-
Montaigne, Próby, ks. II, rozdz. VI „O ćwiczeniach”, przeł. Boy-Żeleński. ↩
-
Bridges, Transitions, s. 13–14. ↩
-
Schlossberg, „A Model for Analyzing Human Adaptation to Transition”, s. 15. Schlossberg przytacza tu S. J. Danisha i A. R. D’Augellego (1980, s. 114) i zastrzega, że związek z wcześniejszym doświadczeniem jest daleki od pewnego. ↩
-
Mark D. Seery, E. Alison Holman, Roxane Cohen Silver, „Whatever Does Not Kill Us: Cumulative Lifetime Adversity, Vulnerability, and Resilience”, Journal of Personality and Social Psychology 99(6), 2010, s. 1025–1041; tu s. 1025 (streszczenie: „a history of some but nonzero lifetime adversity”; „in moderation, whatever does not kill us may indeed make us stronger”) i s. 1027 (ogólnokrajowy panel internetowy, N = 2398, pomiary 2001–2004). Badanie podłużne, korelacyjne – pokazuje związek, nie dowodzi przyczyny. ↩
-
Kazimierz Dąbrowski, Positive Disintegration, red. i wstęp Jason Aronson, Little, Brown and Company, Boston 1964, s. 2–3 (rozwój osobowości „through a disruption of the existing, initially integrated structure, a period of disintegration, and finally a renewed, or secondary, integration”, s. 3), s. 18 („Crises are periods of increased insight into oneself, creativity, and personality development”), s. 10 (dezintegracja negatywna, gdy „either has no developmental effects or causes involution”). Przekład własny; polskie ujęcia tej teorii (nie przekłady): O dezintegracji pozytywnej, 1964; Dezintegracja pozytywna, PIW 1979. Teoria oparta na obserwacjach klinicznych i biografiach, słabo sprawdzona empirycznie – już wstęp Aronsona wskazuje na nieostrość pojęć (s. xxvi, xxviii). ↩
-
Montaigne, Próby, ks. III, rozdz. XII „O fizjonomii”, przeł. Boy-Żeleński. Por. Montaigne, The Complete Essays, przeł. Screech, s. 1189–1191. ↩