Eseje ·

Krzemień i lustro

Ten esej pyta, jak musimy zmienić nawyki myślenia, które wynieśliśmy ze świata, którego już nie ma.

Weźmy do ręki pięściak. Kamień wielkości dłoni, z grubsza w kształcie migdała, obity z obu stron tak, że brzegi zbiegają się w ostrze. Nasi przodkowie wyrabiali go w niemal niezmienionej formie przez ponad milion lat – najstarsze znane pięściaki mają około 1,76 miliona lat1, a we wschodniej Afryce ustępują nowszym technikom dopiero około 320 tysięcy lat temu2. Muzealna gablota każe nam patrzeć na niego jak na wynalazek, coś, co ktoś kiedyś wymyślił i czego potem używano. Ale nikt go nie wymyślił. I nie tylko my zrobiliśmy pięściak. On też zrobił nas.

Antropolog Dietrich Stout wraz z zespołem sprawdzał, co dzieje się w mózgu współczesnych ludzi, którzy uczą się łupać krzemień tak jak nasi przodkowie. Ochotnicy ćwiczyli średnio ponad osiemdziesiąt godzin, a mimo to porządny pięściak okazał się dla nich znacznie trudniejszy niż proste odłupki. Uderzenie musi trafić w dokładnie właściwe miejsce rdzenia, z właściwą siłą, setki razy z rzędu. Skany pokazały, że ta praktyka przebudowuje połączenia nerwowe, zwłaszcza w prawym dolnym zakręcie czołowym, czyli w obszarze kontroli działania, który pozwala powstrzymać odruch i przełączać się między kolejnymi krokami. Zmiany pojawiały się i zanikały zależnie od tego, ile kto ćwiczył tuż przed badaniem. Autorzy zauważają, że te same obwody biorą udział zarówno w uczeniu się sekwencji ruchów, jak i w przetwarzaniu języka, i stawiają hipotezę, że ewolucja wykorzystała je później do porozumiewania się3. Ręka, która nauczyła się obrabiać kamień, mogła przygotować mózg, który nauczył się mówić.

Richard Yonck, futurolog piszący o maszynach rozpoznających emocje, widzi w tym punkt, w którym „naprawdę staliśmy się gatunkiem technologicznym. Wtedy ludzkość i technika po raz pierwszy wyruszyły we wspólną długą podróż”. Dodaje też coś, co łatwo przeoczyć – tej podróży nie umożliwił intelekt, tylko emocje. Umiejętność łupania krzemienia przechodziła z pokolenia na pokolenie przez naśladowanie, przez uważne patrzenie na ręce starszego, przez więź, zaufanie i chęć bycia jak ktoś, kogo się podziwia. Yonck nazywa ten kanał przekazu wprost słowem Kevina Kelly’ego i widzi w nim początek technium4.

Ten esej pyta, jak musimy zmienić nawyki myślenia, które wynieśliśmy ze świata, którego już nie ma. Zanim jednak zapytamy, co zmienić, trzeba zapytać, skąd te nawyki się wzięły i dlaczego tak mocno trzymają. Odpowiedź jest mniej oczywista, niż sugeruje popularna opowieść o „umyśle z epoki kamienia”, który nie nadąża za smartfonem. Nasze nawyki są największym sukcesem ewolucji, a sukcesy – wie o tym każdy, kto próbował zmienić zwycięską strategię w firmie – porzuca się najtrudniej.

Kto powoduje kim

W 1964 roku Stanisław Lem otworzył drugi rozdział Summa Technologiae pytaniami, które do dziś stanowią rdzeń sporu o technikę: „Kto powoduje kim? Technologia nami czy też my nią? Czy to ona prowadzi nas, dokąd chce, choćby do zguby, czy też możemy zmusić ją do ugięcia się przed naszym dążeniem?”5. Lem zauważał, że najdawniejsze technologie „nie miały indywidualnych swych twórców, wynalazców”. Rewolucja neolityczna nie zaszła tak, że jakiś „Einstein epoki kamiennej «wpadł na pomysł» uprawy roli”. Był to proces tak powolny, że „każde pokolenie zastawało technologię z pozoru niezmienną i «naturalną», jak wschody i zachody słońca”6.

W tym ostatnim zdaniu mieści się cała sprawa, bo przez niemal całą historię gatunku technika i kultura zmieniały się wolniej, niż trwa ludzkie życie. Świat, do którego dziecko się rodziło, był w praktyce tym samym światem, w którym umierało, a w takim świecie najlepszą strategią poznawczą było przyjąć obraz rzeczywistości od starszych i trzymać się go, zamiast na własną rękę sprawdzać to, co pokolenia przodków sprawdziły już za nas.

Pół wieku po Lemie Kevin Kelly nazwał całość ludzkich wytworów, od narzędzi przez prawo i oprogramowanie po idee filozoficzne, technium. Opisał je jako „siódme królestwo życia”, przedłużenie procesu, który zaczął się cztery miliardy lat temu7. W What Technology Wants pisze bez ogródek: „Udomowiliśmy samych siebie. […] Technika nas udomowiła. W tempie, w jakim przerabiamy narzędzia, przerabiamy siebie”. Nasze zęby maleją, bo gotowanie stało się „zewnętrznym żołądkiem”, a gdyby z planety zniknęła cała technika, „co do ostatniego noża i włóczni”, nasz gatunek nie przetrwałby kilku miesięcy8. W innym miejscu formułuje to jeszcze ostrzej: „Ludzie są narządami rozrodczymi techniki”9.

Na ile to metafora, a na ile opis? Joseph Henrich, antropolog ewolucyjny z Harvardu, przychodzi do bardzo podobnego wniosku z zupełnie innej strony, bez śladu Kelly’owskiej poetyki. W The Secret of Our Success pokazuje, że od setek tysięcy lat to kultura (czyli wiedza, normy, techniki przekazywane przez uczenie się od innych) jest głównym motorem naszej ewolucji genetycznej. Geny dostosowują się do światów, które zbudowała kultura. Jego zdaniem ludzkość przechodzi to, co biolodzy nazywają wielkim przejściem ewolucyjnym, takim jak połączenie prostych komórek w komórkę z jądrem i mitochondriami: „jesteśmy dosłownie początkiem nowego rodzaju zwierzęcia”10. Tajemnicą naszego sukcesu „nie jest moc pojedynczych umysłów, tylko zbiorowe mózgi naszych wspólnot”11.

Lem, Kelly i Henrich różnią się prawie wszystkim, od temperamentu po stosunek do przyszłości, a zgadzają się w jednym: pytanie „kto powoduje kim” jest źle postawione, bo od początku działa to w obie strony. Człowiek jest wytworem własnych wytworów, więc i nasze nawyki myślenia, nasze modele rzeczywistości, powstawały razem z techniką – dostrojone do narzędzi, które przez tysiąclecia prawie się nie zmieniały, i do świata, w którym starsi mogli nauczyć młodszych wszystkiego, czego tamci będą potrzebować.

Mądrość, której nikt nie rozumie

Czym jest tradycja, lepiej niż jakikolwiek wywód pokazuje przypadek, który Henrich opisuje szczegółowo.

Maniok to jedna z podstawowych roślin uprawnych świata. Jego „gorzkie” odmiany zawierają związki, z których powstaje cyjanek. Ludy Amazonii, na przykład Tukano, przetwarzają go w wieloetapowej, żmudnej procedurze: skrobanie, tarcie, płukanie i oddzielanie włókna od skrobi, odstawianie na dwa kolejne dni, pieczenie. Gotowanie wystarczy, żeby usunąć gorzki smak, ale nie wystarczy, żeby usunąć truciznę. Zatrucie jest przewlekłe, a jego objawy pojawiają się po latach, przy czym ich związku z jedzeniem nie da się zauważyć gołym okiem.

Wyobraźmy sobie, proponuje Henrich, samodzielnie myślącą matkę, która krytycznie przygląda się przepisowi przekazanemu przez przodków, uznaje, że chodzi w nim o usunięcie goryczy, i upraszcza go, żeby mieć więcej czasu dla dzieci. Gorycz znika. Po latach jej rodzina zaczyna chorować. „Niechęć tej matki do przyjęcia na wiarę praktyk przekazanych przez wcześniejsze pokolenia skończyłaby się chorobą i przedwczesną śmiercią jej bliskich. Indywidualne uczenie się nie popłaca tutaj, a intuicje prowadzą na manowce”12.

To nie jest tylko eksperyment myślowy. Na początku XVII wieku Portugalczycy przewieźli maniok z Ameryki Południowej do Afryki Zachodniej. Przewieźli roślinę, ale nie przewieźli procedury ani przekonania, że trzeba się jej trzymać. Maniok rozprzestrzenił się po kontynencie, bo daje wysokie plony na kiepskich glebach. Po kilkuset latach przewlekłe zatrucie cyjankiem wciąż jest w Afryce poważnym problemem zdrowotnym13.

Wniosek Henricha jest niewygodny dla każdego, kto wychował się na oświeceniowym ideale samodzielnego rozumu. Praktyki i przekonania przekazywane przez kulturę są „często (w sposób ukryty) DUŻO mądrzejsze od nas, bo ani jednostki, ani grupy nie potrafiłyby ich wymyślić w ciągu jednego życia”. Ta wiedza chowa się, jak wylicza, w codziennych przepisach kulinarnych, w tabu, w rytuałach wróżebnych, w smakach, w modelach umysłowych, w sposobach wytwarzania narzędzi. I dodaje, że to samo dotyczy niektórych instytucji, wierzeń religijnych i rytuałów14. Dlatego wykształciliśmy instynkt wiernego kopiowania, także tych kroków, które wydają się bez sensu. Rozdział, w którym o tym pisze, nosi tytuł „O pochodzeniu wiary”. Razem z antropologami Robertem Boydem i Peterem Richersonem nazywa ten dorobek ludzką „niszą kulturową”, na którą składają się „dobrze przystosowane narzędzia, przekonania i praktyki, zbyt złożone, by jakakolwiek jednostka mogła je wymyślić w ciągu swojego życia”15.

Lem widział to samo pięćdziesiąt lat wcześniej, tylko w kilku zdaniach. Skuteczne pradawne technologie „miewały za «podstawę teoretyczną» mit, przesąd”. Albo poprzedzał je rytuał magiczny, albo same stawały się rytuałem, „w którym pierwiastek pragmatyczny splata się nierozerwalnie z mistycznym (rytuał budowy łodzi, w którym receptę produkcyjną realizuje się liturgicznie)”16.

Kiedy mówimy o nawykowym myśleniu zakorzenionym w religiach, tradycjach i dawnych obrazach świata, łatwo przyjąć ton oskarżyciela, jakby przeszłość była zbiorem przesądów, które rozum musi wreszcie wymieść. Henrich i Lem pokazują coś innego. Przez większość dziejów wiara w przekaz była racjonalna, choć nie rozumowa. Rytuał był nośnikiem informacji, a tabu instrukcją bezpieczeństwa, której uzasadnienia nikt nie znał; wierność tradycji była najlepszą dostępną strategią dla istoty, która żyje krócej, niż trwa sprawdzanie skutków.

Rytuał jako algorytm

Przykład z manioku można jeszcze uznać za kulinarną ciekawostkę. Henrich idzie jednak dalej, w stronę, która dotyczy już wprost religii i magii, czyli tego, co nowoczesny rozum najchętniej uznaje za czysty przesąd.

Myśliwi z ludu Naskapi na Labradorze musieli codziennie decydować, gdzie szukać karibu. Zdrowy rozsądek podpowiada, żeby iść tam, gdzie poprzednio się udało, albo tam, gdzie sąsiad niedawno widział stado. Ale karibu też się uczą i omijają miejsca, w których spotkały ludzi. Myśliwy, który ma jakiekolwiek przyzwyczajenia, staje się przewidywalny, a przewidywalny myśliwy wraca z pustymi rękami. Najlepszą strategią jest losowość, a do losowości ludzki umysł, wyczulony na wzorce, jest wyjątkowo kiepsko przystosowany.

Naskapi rozstrzygali ten problem wróżbą. Łopatkę karibu podgrzewano nad żarem, aż pojawiały się na niej pęknięcia i przypalenia, a potem odczytywano ją jak mapę, trzymaną w ustalonym położeniu. Układ pęknięć zależał od niezliczonych drobiazgów – od kości, ognia, nawet temperatury powietrza – więc z punktu widzenia polowania był, jak pisze Henrich, „(prawdopodobnie) w zasadzie losowy”. Rytuał działał jak prymitywny generator liczb losowych, który chronił myśliwych przed ich własnymi skłonnościami poznawczymi17. Podobnie, zdaniem antropologa Michaela Dove’a, działało wróżenie z lotu ptaków u Kantu na Borneo przy wyborze miejsc pod uprawę; rozpraszało ono decyzje, które w przeciwnym razie skupiłyby się tam, gdzie akurat dobrze obrodziło.

Nikt z uczestników tych rytuałów nie myślał o nich w kategoriach teorii gier; wierzyli, że łopatka wskazuje drogę, i dzięki temu rytuał działał, bo myśliwy, który wiedziałby, że chodzi o losowanie, prędzej czy później chciałby „poprawić” wynik własną intuicją – a wtedy cała mądrość wróżby, budowana przez pokolenia, rozsypałaby się przy pierwszym ognisku. Bez wiary ta technika by nie zadziałała.

Henrich pokazuje też, skąd bierze się siła takich przekonań. Nie jesteśmy łatwowierni – żeby przyjąć kosztowną praktykę albo nieintuicyjne przekonanie, choćby wiarę w życie po śmierci, potrzebujemy dowodu, że ten, kto je głosi, sam w nie wierzy. Antropolodzy nazywają to „pokazami zwiększającymi wiarygodność”, bo wzór do naśladowania musi ponieść koszt – ból, ofiarę albo stratę majątku – który potwierdza jego zaangażowanie. Henrich przywołuje świętego Ambrożego, który zanim przekonał bogatych Rzymian, że muszą rozdać majątek ubogim, rozdał większość własnego18. Męczennik jest najskuteczniejszym przekaźnikiem kultury, jaki zna historia.

Rytuał robi jeszcze jedno, może najważniejsze – spaja wspólnotę. Henrich przytacza badania, które rozkładają rytuały wspólnotowe na „aktywne składniki”: wspólny śpiew i taniec w synchronii, wspólne muzykowanie, skrajne wyczerpanie, poczucie wspólnego losu, wspólnie przeżyty strach, wierzenia nadprzyrodzone i wreszcie to, że uczestnicy nie wiedzą, dlaczego rytuał musi wyglądać tak, a nie inaczej, ale wiedzą, że musi19. W jednym z eksperymentów amerykańscy studenci słuchali przez słuchawki tego samego hymnu. Ci, którzy śpiewali i poruszali się w jednym rytmie, wpłacali potem więcej pieniędzy na wspólną inwestycję niż ci, którzy robili to samo, ale nie w synchronii. Bardziej wymagające obrzędy działają jeszcze silniej. U Aranda w środkowej Australii inicjacja młodych mężczyzn trwała kilkanaście lat i kończyła się próbą ognia. Starsi mówili, że obrzęd „daje odwagę i mądrość” i czyni mężczyzn „łagodniejszymi i mniej skłonnymi do kłótni”, choć nie umieli wyjaśnić, jak to działa, i nie znali nikogo, kto by go zaprojektował. Henrich nazywa rytuały wspólnotowe jedną z „technologii kulturowo-instytucjonalnych”, którymi ewolucja kulturowa buduje zaufanie, solidarność i współpracę20. Najciekawsze jest dla mnie to, że niezrozumiałość rytuału należy do jego składników, a rytuał, który dałoby się do końca wytłumaczyć, działałby słabiej.

Z perspektywy ewolucji kulturowej religie są więc czymś więcej niż zbiorem twierdzeń o Bogu i świecie, które można uznać za prawdziwe albo fałszywe. To także bardzo stara technologia społeczna, sposób przechowywania i przekazywania wiedzy, wiązania obcych ludzi we wspólnoty i podejmowania decyzji w niepewności. Spór teizmu z ateizmem zwykle toczy się wyłącznie o pierwszą stronę tej monety, choć druga jest równie ważna, bo nawet jeśli porzucimy twierdzenia, funkcje zostają i ktoś albo coś musi je przejąć.

Gdy świat zmienia się szybciej niż przepis

Ta strategia działa jednak tylko wtedy, gdy świat zmienia się wolniej niż przekaz. Pokolenia, o których pisał Lem, zastawały technikę z pozoru niezmienną i „naturalną” jak wschody i zachody słońca i mogły bezpiecznie kopiować, a dziś każde pokolenie zastaje świat inny niż poprzednie, ten zaś w ciągu jednego życia zmienia się kilka razy, tak że to, czego nauczyli nas rodzice, bywa nieaktualne, zanim zdążymy przekazać to własnym dzieciom. Kelly nazywa ten stan protopią, czyli stanem stawania się, w którym każdy dzień jest odrobinę lepszy od poprzedniego, a dzisiejsze problemy są skutkiem wczorajszych sukcesów technicznych21. W takim świecie instynkt, który kazał matce Tukano trzymać się przepisu, zaczyna pracować przeciwko nam, i to na dwa sposoby.

Zanim je opiszę, jedno wspomnienie, bo to przyspieszenie nie jest dla mnie abstrakcją. W szkole podstawowej pisaliśmy niebieskim atramentem z kałamarza osadzonego w otworze pośrodku ławki, a każdy nosił przy sobie bibułę, żeby nie zostawiać w zeszycie kleksów. Długopisem uczyć się pisać nie było wolno, bo uważano, że psuje charakter pisma. Po kilku miesiącach dostałem, w drodze wyjątku, zgodę na pióro wieczne. Nazywaliśmy je chińskim, bo stamtąd pochodziło. W środku miało gumowy zbiorniczek, który napełniało się z tego samego kałamarza, a atrament spływał z niego do stalówki przez ebonitowy przewodnik. Kleksów było odtąd mniej. Komputera osobistego zacząłem się uczyć dopiero na ostatnim roku studiów, gdy podjąłem pracę w firmie budowlanej. Dokumentację i tak pisałem wtedy na maszynie, wkręcając w wałek dwie kartki przełożone kalką, bo pierwsze drukarki igłowe nie nadawały się jeszcze do drukowania dokumentów. Kalka dawała wierną kopię tekstu przepisywanego z rękopisu. Między kałamarzem w szkolnej ławce a maszynami, które dziś same piszą teksty, minęło jedno ludzkie życie. Moje. Do dziś zastanawia mnie tamten zakaz długopisu. Może niósł prawdziwą wiedzę o tym, jak ręka uczy się pisma, a może był już tylko nawykiem, który przeżył swoją przyczynę. Nauczyciele chyba nie umieliby tego rozstrzygnąć. To dokładnie ten rodzaj przepisu, o jakim pisze Henrich.

Pół wieku później neuronauka częściowo przyznaje rację tamtej szkole, choć spór, w którym zabiera głos, toczy się dziś między ręką a klawiaturą, a nie między piórem a długopisem. Gdy norwescy badacze zapisywali aktywność mózgu dwunastolatków i młodych dorosłych, pisanie odręczne wywoływało wzorzec fal mózgowych, który wiąże się z zapamiętywaniem i przyswajaniem nowych informacji. Przy pisaniu na klawiaturze aktywność wyglądała inaczej, a jej związek z uczeniem się pozostaje niejasny22. Ręka, która kiedyś uczyła się łupać krzemień, wciąż uczy mózg.

Pierwszy z tych dwóch sposobów przypomina historię afrykańskiego manioku, bo importujemy technikę bez kultury, która by ją oswoiła. Smartfon, sieć społecznościowa i model językowy, który odpowiada na każde pytanie, rozprzestrzeniają się szybciej, niż jakakolwiek wspólnota zdąży wypracować wokół nich „procedurę przetwarzania” – normy, rytuały i tabu, które powstrzymałyby przewlekłe zatrucie – a skutki, tak jak w przypadku cyjanku, pojawiają się z opóźnieniem i trudno je powiązać z przyczyną.

Drugi sposób jest subtelniejszy i to on interesuje mnie najbardziej. Do nowego świata przenosimy stare modele rzeczywistości. Jak zauważa Henrich, normy społeczne trzymają się najmocniej, gdy zaczepiają o naszą wrodzoną psychikę – o przywiązanie do bliskich, wzajemność, niechęć do kazirodztwa. Normy, które każą być sprawiedliwym wobec obcych, rozprzestrzeniają się i utrzymują znacznie trudniej23. Nasze intuicje moralne powstały w świecie małych wspólnot, w którym obcy oznaczał zagrożenie, a zmysł zagrożenia do dziś reaguje silniej na złą wiadomość niż na dobrą. Obraz czasu budowaliśmy na rytmie pór roku albo na opowieści o upadku i odkupieniu; kosmos miał centrum, a granica między „kimś” a „czymś” była oczywista. Każdy z tych modeli był kiedyś zgęszczoną wiedzą.

Warto je nazwać, bo każdy zasługuje na osobny namysł. Jest wśród nich model czasu, czyli przekonanie, że historia ma kształt opowieści z początkiem, upadkiem i finałem, rajem albo katastrofą, oraz model kosmosu, o który od wieków spierają się wierzący i niewierzący, pytając, czy jesteśmy w centrum stworzenia, czy na jego przypadkowym marginesie. Jest model moralny, który dzieli świat na ludzi i rzeczy, na swoich i obcych, na tych, którzy czują, i to, co czuć nie może, a obok niego model zmiany – przekonanie, że świat zmienia się albo wcale, albo przez nagłe nawrócenie i rewolucję. Wszystkie cztery tak głęboko wpisały się w języki, religie i instytucje, że trudno je w ogóle zobaczyć jako modele; wydają się po prostu tym, jak jest.

W świecie technium wiele z nich przypomina przepis matki Tukano czytany od końca – mądrość przodków porzuca nas sama, przestając pasować do warunków, w których powstała, a my wciąż jej ufamy, bo tak ukształtowała nas ewolucja.

Z książki Henricha płynie też przestroga dla samego technium. Gdy około dwunastu tysięcy lat temu podnoszący się poziom morza odciął Tasmanię od Australii, tamtejsza społeczność stopniowo traciła umiejętności. Europejczycy zastali na wyspie zestaw około dwudziestu czterech narzędzi. Tasmańczycy nie łowili ryb, mieli przeciekające tratwy bez wioseł i być może utracili nawet umiejętność rozpalania ognia. Tymczasem ich krewni po drugiej stronie Cieśniny Bassa mieli setki wyspecjalizowanych narzędzi, sieci, łodzie z wiosłami i szyte płaszcze24. Zbiorowy mózg, który się kurczy, zapomina. Innowacja zależy bardziej od tego, ilu nas jest i jak gęsto jesteśmy połączeni, niż od tego, jak mądra jest pojedyncza głowa. Wyzwaniem, jak pisze Henrich, zawsze było to, jak zapobiec rozpadowi wspólnot i rwaniu się sieci społecznych25. To zdanie brzmi dziś jak diagnoza epoki baniek informacyjnych. Technium może nas łączyć w największy zbiorowy mózg w historii albo dzielić na tysiąc Tasmanii.

Mit dzieciństwa ludzkości

Do tej pory opowieść jest dość wygodna dla futurologa. Mamy stary umysł i nowy świat, a rozwiązaniem jest aktualizacja. Tyle że taka opowieść, liniowa, od prostego do złożonego, od plemienia do państwa, od zabobonu do nauki, sama jest jednym z nawyków myślowych, które odziedziczyliśmy. David Graeber i David Wengrow poświęcili jej demontażowi książkę Narodziny wszystkiego.

Zaczynają od obserwacji, która powinna zatrzymać każdego, kto chce pisać o „pierwotnym” umyśle. Pytanie, czy ludzie byli kiedyś wolni i równi, a potem coś poszło nie tak, czy też od zawsze byli brutalni i dopiero cywilizacja ich okiełznała, jest w gruncie rzeczy pytaniem teologicznym. „Wiemy, jak na to odpowiadają chrześcijanie: ludzie żyli niegdyś w stanie niewinności, ale zostali splamieni przez grzech pierworodny”26. Rousseau i Hobbes, a za nimi niezliczeni historycy, socjolodzy i autorzy bestsellerów, opowiadają w świeckim przebraniu historię z pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju. W zakończeniu książki autorzy piszą wprost, że pytania o źródła nierówności prowadzą do „mitu o upadku, technologicznej transpozycji pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju”27.

Dla naszego tematu wynikają z tego dwie rzeczy. Religijne modele rzeczywistości siedzą głęboko w myśleniu, które uważa się za świeckie, i nie trzeba wierzyć w raj, żeby myśleć w schemacie raju utraconego. Graeber i Wengrow zbierają też dowody na coś, co podważa sam pomysł „umysłu plemiennego” jako sztywnego programu.

Archeologia i etnografia, które przywołują, pokazują ludzi świadomie przełączających się między różnymi porządkami społecznymi. Wiele społeczności żyło w rytmie sezonowym: przez część roku w rozproszonych, egalitarnych grupach, przez inną część w dużych zgromadzeniach z wodzami, policją i hierarchią, którą potem rozwiązywano. „Jedynym stałym zjawiskiem jest naprzemienność i wynikająca z niej świadomość różnych możliwości społecznych”. Nasi przodkowie nie byli „ani ignoranckimi dzikusami, ani mędrcami”, tylko ludźmi takimi jak my, „równie spostrzegawczymi i zdezorientowanymi”28. Dlatego Graeber i Wengrow proponują zastąpić pytanie o źródła nierówności innym: „Jak to się stało, że utknęliśmy?”, kiedy zapomnieliśmy, że porządki społeczne to gry, które można rozegrać inaczej29. Ich zdaniem przez większość dziejów ludzie traktowali jako oczywiste trzy wolności: przemieszczania się, nieposłuszeństwa oraz tworzenia i zmieniania relacji społecznych30.

Ta perspektywa nie unieważnia Henricha, raczej go uzupełnia. U Henricha kultura jest mądrzejsza od jednostki, a my mamy instynkt wiernego kopiowania. Graeber i Wengrow dodają, że ten instynkt nigdy nie był jedyny, bo obok wierności przekazowi zawsze istniała zdolność do politycznego eksperymentu. Ludzie nie byli zakładnikami tradycji. Mieli ją i mieli też karnawał, święto, czas „świata wywróconego do góry nogami”, które według autorów działały jak „laboratoria społecznych możliwości”31.

Warto tu zaznaczyć jeden spór, bo tekst o protopii nie powinien go zamiatać pod dywan. Graeber i Wengrow z wyraźną niechęcią piszą o opowieści, w której „najlepsze, na co może liczyć ludzkość, to skromna poprawa” naszej sytuacji32. Protopia Kelly’ego, czyli postęp o kilka procent rocznie, na pierwszy rzut oka brzmi dokładnie tak. Różnica leży gdzie indziej. Graeber i Wengrow krytykują skromność jako horyzont wyobraźni, rezygnację z myślenia, że świat mógłby być urządzony zupełnie inaczej. Kelly mówi o skromności jako tempie zmiany, która może prowadzić bardzo daleko. Z tego napięcia płynie jednak pożyteczne pytanie: czy protopia, która zapomni o wyobraźni politycznej i sprowadzi się do coraz lepszych gadżetów, nie stanie się po prostu kolejną wersją „utknięcia”?

Dwie pokusy

Jeśli zestawić te trzy głosy, Lema, Henricha oraz Graebera i Wengrowa, rysują się dwie pokusy, przed którymi stoi każdy, kto myśli o zmianie nawyków w świecie technium.

Pierwsza to pokusa matki Tukano. Uznać, że skoro rozumiemy więcej niż przodkowie, możemy wyciąć z odziedziczonych przepisów wszystko, czego sensu nie widzimy. Wyrzucić religię, bo jest nienaukowa, rytuał, bo marnuje czas, a tabu – choćby dlatego, że jest tabu. Takim tonem pisze się wiele manifestów technooptymistycznych i przed nim przestrzega Henrich, bo część tej wiedzy działa, choć nikt nie wie dlaczego, a skutki jej utraty ujawniają się po latach.

Druga to pokusa utknięcia. Uznać, że odziedziczone modele są naturą, a nie kulturą. Że człowiek „z natury” jest plemienny, że hierarchia jest nieunikniona, że czas musi mieć koniec, a kosmos centrum. Graeber i Wengrow pokazują, że nawet najdawniejsi ludzie wiedzieli więcej o zmienności swoich urządzeń społecznych, niż my dziś pamiętamy.

Między tymi pokusami jest wąska ścieżka i wszystkie trzy źródła, o dziwo, wskazują ten sam kierunek. Henrich kończy książkę ośmioma wnioskami dla projektantów instytucji. W ostatnim pisze, że ludzie są kiepscy w świadomym projektowaniu skutecznych instytucji, dlatego powinniśmy „wziąć kartę z podręcznika ewolucji kulturowej” i budować „systemy zmienności i selekcji”, które pozwalają różnym rozwiązaniom ze sobą konkurować. Słabsze się porzuca, lepsze zachowuje, a po drodze czegoś się uczymy33. Graeber i Wengrow piszą o festiwalu jako laboratorium. Kelly pisze o protopii jako procesie, w którym każde rozwiązanie rodzi nowe problemy, a postęp polega na tym, że bilans jest odrobinę dodatni. Wszystkie trzy opisują tę samą praktykę – ewolucję kulturową, która stała się świadoma samej siebie.

Dlatego proponuję, żeby zamiast słowa „porzucić” używać słowa „przekomponować”. W. Brian Arthur, ekonomista z Instytutu Santa Fe, pokazał, że technika rozwija się przez kombinację: nowe urządzenia powstają z elementów starych, złożonych na nowo34. Z kulturą jest podobnie. Tradycja to nie więzienie i nie muzeum, tylko magazyn części – rytuałów, przepisów, intuicji i opowieści – z których część wciąż niesie wiedzę, a część przestała pasować do świata. Zadaniem jest nauczyć się, jak z tych części budować nowe całości, zamiast palić magazyn albo zamykać go na klucz, i to szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, bo świat zmienia się w tempie, w jakim nasi przodkowie nigdy nie musieli się uczyć.

Lustro

Na koniec wróćmy do pięściaka i do tego, co Yonck pisze o jego przekazywaniu. Pierwszym kanałem technium było lustro, czyli zdolność jednego człowieka do odzwierciedlenia w sobie ruchów, intencji i emocji drugiego. Uczeń patrzył na mistrza i powtarzał. Henrich nazwałby to uczeniem się od tych, których podziwiamy. Yonck zwraca uwagę, że naśladowanie i odzwierciedlanie mogło służyć nie tylko przetrwaniu, ale też rozwojowi języka i empatii, a w końcu przekazywaniu kultury i techniki35. Wiara w przekaz zaczęła się od zaufania do konkretnej osoby.

Po blisko dwóch milionach lat to lustro się odwraca. Systemy sztucznej inteligencji uczą się, naśladując nasze teksty i twarze, a coraz częściej także emocje. Po raz pierwszy w historii to technika patrzy nam na ręce i powtarza. Pytanie, które w epoce kamienia zadawał uczeń („kogo naśladować?”), dziś musimy zadać sobie jako nauczyciele. Czego chcemy, żeby nauczyło się od nas technium? Którą część naszego odziedziczonego obrazu świata chcemy w nim powielić, a którą przekomponować, zanim zostanie skopiowana w skali, o jakiej plemię nie mogło marzyć?

Jeśli nasze umysły są ukształtowane przez opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie, to najpotężniejsza z nich dotyczy czasu – tego, skąd przyszliśmy, co poszło nie tak i dokąd zmierzamy. Graeber i Wengrow pokazali, że nawet naukowa historia ludzkości wciąż opowiada ją w kształcie upadku i odkupienia. Tymczasem umysł, który czeka na raj albo na koniec świata, trafia dziś do przyszłości, która się nie kończy, do protopii, w której każde rozwiązanie rodzi nowy problem i nie ma ostatniego rozdziału. Nauczyć się żyć w takiej opowieści, bez upadku i bez odkupienia, za to z odpowiedzialnością za każdy kolejny krok, to być może najtrudniejsze przekomponowanie, jakie mamy przed sobą.

Przypisy

  1. C.J. Lepre, H. Roche, D.V. Kent i in., „An earlier origin for the Acheulian”, Nature 477 (2011), s. 82–85, doi:10.1038/nature10372 (stanowisko Kokiselei 4, zachodnia Turkana, Kenia; datowanie 1,76 mln lat). ↩

  2. A.L. Deino i in., „Chronology of the Acheulean to Middle Stone Age transition in eastern Africa”, Science 360 (6384) (2018), s. 95–98 (Olorgesailie w Kenii); pracę cytują też D. Graeber i D. Wengrow, Narodziny wszystkiego, dz. cyt., rozdz. 3. ↩

  3. D. Stout, N. Khreisheh, „Skill Learning and Human Brain Evolution: An Experimental Approach”, Cambridge Archaeological Journal 25 (4), 2015, s. 867–875, doi:10.1017/S0959774315000359; trudność pięściaka i czas ćwiczeń s. 870–871, zmiany w mózgu s. 871 (za: E.E. Hecht i in., „Acquisition of Paleolithic toolmaking abilities involves structural remodeling to inferior frontoparietal regions”, Brain Structure and Function, 2014, doi:10.1007/s00429-014-0789-6). Popularne omówienie: R. Yonck, Heart of the Machine, Arcade Publishing, New York 2017, rozdz. 2, s. 23–24. ↩

  4. Tamże, rozdz. 2, s. 11–12 (tłum. własne). O technium: „What author, editor, and technologist Kevin Kelly refers to as the technium” (s. 23). ↩

  5. S. Lem, Summa Technologiae, Agora, Warszawa 2012 (wyd. 1: 1964), rozdz. II „Dwie ewolucje”, „Wstęp”. ↩

  6. Tamże. ↩

  7. K. Kelly, What Technology Wants, Viking, New York 2010, rozdz. 1 (definicja technium, s. 11–12) i rozdz. 3 („siódme królestwo życia”). ↩

  8. Tamże, rozdz. 2 „Inventing Ourselves”, s. 37 (tłum. własne). ↩

  9. Tamże, rozdz. 13 „Technology’s Trajectories”, s. 296 (tłum. własne). ↩

  10. J. Henrich, The Secret of Our Success: How Culture Is Driving Human Evolution, Domesticating Our Species, and Making Us Smarter, Princeton University Press, Princeton 2016, rozdz. 17 „A New Kind of Animal”, s. 314 (początek rozdziału; tłum. własne). ↩

  11. Tamże, „Preface”, s. ix–x (tłum. własne). ↩

  12. Tamże, rozdz. 7 „On the Origin of Faith”, s. 97–116 (zakres rozdziału; tłum. własne). ↩

  13. Tamże. ↩

  14. Tamże, rozdz. 7 (tłum. własne; wersaliki w oryginale). ↩

  15. R. Boyd, P.J. Richerson, J. Henrich, „The cultural niche: Why social learning is essential for human adaptation”, Proceedings of the National Academy of Sciences 108 (2011), s. 10918–10925; cyt. za: D. Stout, N. Khreisheh, „Skill Learning and Human Brain Evolution: An Experimental Approach”, Cambridge Archaeological Journal 25 (4), 2015, s. 867 (tłum. własne). ↩

  16. S. Lem, Summa Technologiae, dz. cyt., rozdz. II, „Wstęp”. ↩

  17. J. Henrich, dz. cyt., rozdz. 7, podrozdz. „Divination and Game Theory” (tłum. własne). ↩

  18. Tamże, rozdz. 17, wniosek 2; pojęcie „CRedibility Enhancing Displays” (CREDs) wprowadza w rozdz. 13 „Communicative Tools with Rules”, s. 231–259. ↩

  19. J. Henrich, dz. cyt., rozdz. 9 „In-Laws, Incest Taboos, and Rituals”, s. 140–165, podrozdz. „Communal Rituals” (tłum. własne). ↩

  20. Tamże (tłum. własne). Henrich pisze o rytuałach jako „institutional-cultural technologies”. ↩

  21. K. Kelly, The Inevitable: Understanding the 12 Technological Forces That Will Shape Our Future, Viking, New York 2016, rozdz. 1 „Becoming”; wyd. pol. Nieuniknione, 2017. Termin „protopia” pochodzi z eseju „The Protopia Future” (kk.org/thetechnium, 2011). ↩

  22. E. Ose Askvik, F.R. (Ruud) van der Weel, A.L.H. van der Meer, „The Importance of Cursive Handwriting Over Typewriting for Learning in the Classroom: A High-Density EEG Study of 12-Year-Old Children and Young Adults”, Frontiers in Psychology 11 (2020), art. 1810, doi:10.3389/fpsyg.2020.01810 (EEG z 256 elektrodami, 12 młodych dorosłych i 12 dzieci). O dzieciach w wieku przedszkolnym: K.H. James, L. Engelhardt, „The effects of handwriting experience on functional brain development in pre-literate children”, Trends in Neuroscience and Education 1 (1), 2012, s. 32–42, doi:10.1016/j.tine.2012.08.001 (fMRI, 15 dzieci w wieku 4–5 lat: „obwód czytania” aktywował się przy oglądaniu liter tylko po ich pisaniu odręcznym, nie po pisaniu na klawiaturze ani obrysowywaniu). Oba badania cytuje Nature, 2026, doi:10.1038/d41586-026-00320-6. Omówienie prasowe: D. Słomska, „Koniec z klawiaturą. Szkoły wracają do pisma ręcznego, to konieczne”, Polski Obserwator, 9.02.2026. ↩

  23. J. Henrich, dz. cyt., rozdz. 17, wniosek 5 (tłum. własne). ↩

  24. Tamże, rozdz. 12 „Our Collective Brains”, s. 211–230 (izolacja „około 12 tys. lat temu”, przez „osiem do dziesięciu tysiącleci”). ↩

  25. Tamże, „Preface”, s. ix–x (tłum. własne). ↩

  26. D. Graeber, D. Wengrow, Narodziny wszystkiego. Nowa historia ludzkości, tłum. z ang., Zysk i S-ka, Poznań 2022, rozdz. 1 „Pożegnanie z wiekiem dziecięcym ludzkości”. ↩

  27. Tamże, rozdz. 12 „Wnioski”. ↩

  28. Tamże, rozdz. 3 „Odmrażanie epoki lodowej”. ↩

  29. Tamże, rozdz. 3; pytanie powraca w rozdz. 12. ↩

  30. Tamże, rozdz. 10 „Dlaczego państwo nie ma źródeł”. ↩

  31. Tamże, rozdz. 3. ↩

  32. Tamże, rozdz. 12 „Wnioski”. ↩

  33. J. Henrich, dz. cyt., rozdz. 17, wniosek 8 (tłum. własne). ↩

  34. W.B. Arthur, The Nature of Technology: What It Is and How It Evolves, Free Press, New York 2009 („combinatorial evolution”). ↩

  35. R. Yonck, dz. cyt., rozdz. 2, s. 23. ↩